Warszawskie tramwaje znowu dały popis swoich możliwości, demonstrując, jak szybko pasjonujące poranki potrafią zamienić się w chaos. W niedzielę, tuż przed świtem, pasażerowie ze zdziwieniem odkryli, że ich komfortowe przejazdy stały się wędrówką przez labirynt objazdów. Co się stało?
Awaryjny poranek w stolicy przyniósł ze sobą nie jedną, a dwie awarie sieci trakcyjnej. Najpierw, już o 4 nad ranem, doszło do incydentu na placu Bankowym – miejsce to, jak zwykle tętniące życiem, tym razem okazało się areną dla nieustalonego jeszcze sprawcy, który uszkodził elementy sieci. Efekt? Pantograf jednego z tramwajów poszedł w piasek, a pasażerowie musieli zwinąć się na przysłowiowe cztery litery. I tu zaczyna się prawdziwa karuzela.
Około godziny 10, gdy pierwsze strużki słońca zaczęły budzić miasto, doszło do kolejnej tragedii. W rejonie skrzyżowania Alei Niepodległości z ulicą Nowowiejską, pantograf uszkodzonego tramwaju ponownie postanowił przejść do ofensywy – zahaczył o przewody, powodując przedłużenie tegoż nieprzewidywanego poranka. Już wtedy było jasne, że niedziela w Warszawie nie będzie zwyczajna.
W drama na torach
Zmiany w kursowaniu tramwajów były nieuchronne. Zniszczenia wpłynęły na jedenaście linii tramwajowych – od często zatłoczonych linii 4, 13, 15, 16, 18, 20, 23, 26 po równie popularne 10, 11, 14, 17, 19 i 33. To przerobienie tras i agonia oczekiwania na tramwaj stały się codziennością dla tysięcy warszawiaków, którzy znaleźli się w objęciach najprawdziwszej komunikacyjnej pułapki. Linia 14 oraz 15 kończyły swoje trasy w miejscach tak odległych jak plac Starynkiewicza czy pętla Metro Wilanowska, pozostawiając pasażerów z nieprzyjemnym poczuciem zagubienia w zgiełku miasta.
Autobusy na ratunek
W obliczu tej sytuacji Warszawski Transport Publiczny postanowił zareagować, organizując zastępczą komunikację autobusową. Autobusy ruszyły, jednak ich trasa, łącząca rondo ONZ z metrem Pole Mokotowskie, była jak labirynt, który tylko dodał frustracji zmotoryzowanym. Przeszły przez wiele znanych ulic, ale dla wielu pasażerów były jedynie namiastką tego, czego oczekiwali – płynności i punktualności tramwajów.
Niekończąca się saga napraw
Technicy, z uporem godnym lepszej sprawy, pracowali na odcinku Alei Niepodległości między ulicami Nowowiejską a Koszykową. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – kiedy wszystko staje na głowie, nikt nie potrafił dokładnie odpowiedzieć na pytanie, kiedy normalny ruch tramwajowy zostanie przywrócony. W takim chaosie, podróżni w centrum stolicy musieli zdawać się na zmieniające się jak w kalejdoskopie komunikaty Warszawskiego Transportu Publicznego.
Jak widać, każda niedziela w Warszawie może stać się grą w rosyjską ruletkę. Aż strach pomyśleć, co przyniesie następny weekend!
— R.M.

