Kto nie drifter, ten nie żyje? Praga-Południe i absurdalne wybryki młodej Warszawy
Ulica Praga-Południe, jak zwykle pulsująca życiem, stała się areną niecodziennego zdarzenia. Strażnicy miejscy, monitorując okolicę, natrafili na scenę rodem z czarnej komedii: młody mężczyzna, wiek 24 lata, mienił się być niezłym specem od motoryzacyjnych akrobacji, a w rzeczywistości był po prostu… rozczarowaniem. Jedynym, co mu wychodziło, było podmienianie tablic rejestracyjnych w zaparkowanym aucie. O ileż to wspaniały sposób na rozpoczęcie kariery! Wszelkie marzenia o driftach szybko zostały zduszone w zarodku przez mundurowych, którzy nie zamierzali mu ułatwiać życia.
Wszystko zaczęło się przy wjeździe na teren Parku Skaryszewskiego. Dzień jak co dzień, aż tu nagle, młodzieniec zafundował nam mały spektakl. Nerwowo kręcił się wokół zaparkowanego pojazdu. Jego plan był prosty: zabrać się za driftowanie, ale, jak to w życiu bywa, pojawiły się pewne ograniczenia prawne, które – i tu padająca od lat wymówka – zapobiegły 'twórczym’ zapędom. A może po prostu pomylił fantazje ze rzeczywistością?
Pytanie: dlaczego to robi? Odpowiedź brzmi: „pożyczyłem blachy od wujka”. No cóż, kogo to obchodzi? Ciekawy zresztą sposób na wyjaśnienie sytuacji, która dała powody do zadumy nad moralnością młodego pokolenia. Jak można tak igrzyskowymi pomysłami zdradzać prawdziwe intencje? Muszę przyznać, że historia jest zaskakująco kreatywna, choć czysto biorąc, w niewłaściwy sposób składa się z destrukcyjnych wizji przyszłości. I niestety, nie jest to kwestia wujka ani naiwnego chłopaka, który marzy o sensacji.
Po szybkiej interwencji policji okazało się, że sprawy są znacznie poważniejsze. Samochód, którym posługiwał się nasz „kaskader”, miał status wypożyczony. Co więcej, tablice rejestracyjne, które próbował podmienić, pochodziły z kradzieży. A jakby tego było mało, wstrząsająca informacja dla wszystkich miłośników motoryzacji — drifter nie miał uprawnień do prowadzenia pojazdów. W takim razie, o jakich ewolucjach tu mówimy? To raczej sztuka dla sztuki, niż prawdziwe zamachy na asfalt.
Mężczyzna został zatrzymany, a samochód, który miał szansę na driftowanie, trafił na policyjny parking. Na dobrą sprawę, moglibyśmy go nazwać „wulkanem marzeń”, który zostaje ugaszony przez betonową dżunglę rzeczywistości. Gdzie więc leży granica między fantazjami a rzeczywistością? I dlaczego młody człowiek nie sięgnął po kreatywność, która przynajmniej nie kończyłaby się w policyjnym areszcie? Prawda jest jedna: czasami życie pisze scenariusze bardziej absurdalne niż fikcja.
— R.M.

